„… i wyjechać w Bieszczady” – recenzja książki

i wyjechać w bieszczady

Miało byś sarkastycznie. Miał być „thriller z Domaniewskiej”. Ale już chyba lepiej było jechać w te Bieszczady…

„… i wyjechać w Bieszczady” to opowieść o świecie korporacji mieszczących się na terenie warszawskiego Mordoru, czyli w biurowej części Służewca. To opowieść o świecie, w którym codziennie tysiące ludzi spędzają co najmniej 8 godzin ze swojego dnia, pną się po szczeblach kariery, zarabiają pieniądze, które wydają potem na spłatę kredytu hipotecznego i na mniejsze lub większe przyjemności. To w końcu opowieść o dżungli, w której korpoludki próbują znaleźć swoje miejsce – by być myśliwym, a nie zwierzyną. Przynajmniej taki był zamysł autorki ukrywającej się pod pseudonimem Sara Taylor.

Sara od 10 lat pracuje w jednej z firm, które mają swoją siedzibę na Mordorze. Jest baczną obserwatorką i tropicielką korporacyjnych absurdów. Najbardziej interesują ją jednak ludzie – dlatego postanawia stworzyć portret przedstawicieli pokolenia, które w dorosłość weszło po 1990 roku i które w dużym stopniu zasiedla warszawskie korporacje.

Jaki jest korpoludek, każdy widzi

Sara Taylor z jednej strony rozbija bańkę szczęśliwości, jaka z jakiegoś powodu narosła wokół Mordoru i warszawskiego stylu życia. Pokazuje, że mityczne zarabiane tu miliony monet często tak naprawdę nie przekraczają średniej krajowej, a pracownicy korporacji wcale nie identyfikują się z hucznie rozgłaszanymi firmowymi wartościami. Mordor nie jest krainą szczęśliwości ani Eldorado. Nie płynie mlekiem i miodem, lecz łzami, potem i… alkoholem.

Z drugiej jednak strony książka „… i wyjechać w Bieszczady” karmi stereotypy „warszafki”. Portret korpoludka – zamiast stać się odbiciem w krzywym zwierciadle – pokazuje stereotypowego snoba sączącego kawę z modnej sieciówki, balującego w modnej Hali Koszyki, ćwiczącego w modnej siłowni i jeżdżącego na jeszcze modniejsze Bali. Mordor staje się giełdą próżności, podsycaną tysiącami zdjęć wrzucanych na Instagrama. Tylko że… taki wizerunek stolicy zna chyba każdy – niezależnie od tego, czy spędził w Warszawie rok, czy tylko widział ją w telewizji. Czy jednak jest prawdziwy? Czy zachowanie grupy ludzi (bo nie wątpię, że dla dość dużej grupy ten obraz jest prawdziwy) można rozciągać na cały Mordor, na stereotypach budując wizerunek korpoludka?

Miało być sarkastycznie…

Autorka obiecuje sarkazm i czarny humor. Częściej jednak z kartek książki spoziera frustracja, zmęczenie i zgorzknienie. Nie ma wątpliwości, że Sara jest baczną i – na szczęście – cyniczną obserwatorką korporacyjnego życia. W sarkazmie nie wystrzega się jednak ogólników i uproszczeń, które skutecznie ten sarkazm temperują.

Pracownikom warszawskiej korporacji książka nie otworzy oczu i nie skłoni do refleksji – nawet, jeśli (jak sugeruje autorka) przeczytają ją w czasie urlopu. Pewnie nawet szczególnie ich nie rozśmieszy. Wydaje się raczej skierowana do osób, które z Mordorem nie mają nic wspólnego. Tylko… czy thriller z Domaniewskiej naprawdę okaże się interesujący dla kogoś spoza tego światka? Czy też ta felietonizowana opowieść to kolejny wraz przekonania o prestiżu, płynącym z pracy w korpo?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *