„Korpożycie świnki morskiej” – recenzja

Korpożycie świnki morskiej

Czyli w korporacji jak w minizoo. Bez rekinów biznesu, za to ze świnkami morskimi.

Czy nieśmiała Cavia poradzi sobie w pełnej niebezpieczeństw korporacji? I jak to tak naprawdę jest z tymi międzynarodowymi firmami – przypominają bardziej dżunglę czy jednak minizoo? Odpowiedzi poszukałam w nowej powieści Cornelisse Paulien.

Tak, pracuję w korporacji. Nie ukrywam również, że – choć to pewnie niskie i korposzczurzaste – śmieszą mnie żarty o korporacjach czy gry słowne z ASAP-ami, KPI-ami i challenge’oaniem w rolach głównych. Po prostu musiałam więc przeczytać „Korpożycie świnki morskiej”.

Korpożycie świnki morskiej

W korporacyjnym gąszczu

Cavia jest świnką morską. Nie przeszkadza jej to jednak w pracy w korporacji. Czasem tylko zmaga się z nadmiernie zmierzwioną sierścią czy nieodpartą ochotą na niezdrowe przekąski… Od poniedziałku do piątku wytrwale mierzy się z obowiązkami pracownika działu komunikacji, a w międzyczasie próbuje ułożyć sobie życie prywatne. Niekiedy jest nieporadna, czasem ma więcej szczęścia niż kompetencji, jednak nie można odmówić jej niezwykłego uroku i… zwierzęcego magnetyzmu. Całą sobą obnaża bowiem korporacyjne absurdy, bazujące na rozbudowanej siatce zależności pomiędzy pracownikami, a nawet całymi działami.

„Korpożycie świnki morskiej” to – m.in. dzięki niezwykłej bohaterce – książka pełna cynicznego humoru i błyskotliwych, choć wyrażonych w lekkiej formie, obserwacji. Prosta, niemal schematyczna fabuła staje się pretekstem do pokazania korporacji w krzywym zwierciadle – ze wszystkimi niezwykle ważnymi, ale realnie nic niewnoszącymi tabelkami i raportami czy zachowaniami stadnymi, kumulującymi się wokół automatu z kawą.

Korporacyjne minizoo

Przez całą lekturę nie dawała mi spokoju tylko jedna myśl – że ta holenderska korporacja, przedstawiona przez autorkę, jest mimo wszystko bardzo przyjazna. Życie toczy się wokół wysyłania newsletterów, chodzenia na kawę, organizowania spotkań integracyjnych i przygotowywania prezentacji. Ani słowa o złowieszczym deadlinie czy niewyrobionych targetach. Nie pojawiła się nawet mała wzmianka o nadgodzinach czy benefitach, które tak naprawdę mają za zadanie zaciśnięce liny, którą pracownik jest przywiązany do firmy. A może tylko w naszym kraju korporacja kojarzy się tak negatywnie? Może to tylko polskie firmy przywodzą na myśl dżunglę, podczas gdy gdzie indziej korporacje przypominają bardziej minizoo, gdzie miejsce rekinów biznesu zajmują właśnie pełne uroku świnki morskie?

Życie po korpożyciu

„Korpożycie świnki morskiej” nie jest lekturą odkrywczą, rewolucyjną czy przełomową. Nie skłoni do refleksji, nie zostanie również na długo w pamięci. Nie stanie się pozycją, na którą powołasz się podczas zawziętej dyskusji ze znajomymi. Pozwoli ci jednak odpocząć po ciężkim dniu i wywoła szczery, szeroki uśmiech. To jedna z tych książek, które warto schować do plecaka lub torebki i czytać w drodze do lub z pracy, by przekornie udowodnić sobie, że nawet korporacja może być źródłem radości.

I zdecydowanie bardziej potrafię zidentyfikować się z nieporadną korpoświnką niż zaciekłym korposzczurem.

 

 

1 thought on “„Korpożycie świnki morskiej” – recenzja

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *